Poczucie szczęścia jest efektem ubocznym – wywiad z Łukaszem Kaczmarkiem, psychologiem społecznym

by Michał Małysa
Czym jest poczucie szczęścia? Tłumaczy Łukasz Kaczmarek

Nie chodzi o to, żeby wciągać ludzi w robienie rzeczy, które nie mają dla nich realnej wartości oprócz tego, że ktoś poczuje się przez jakiś czas lepiej. Gdyby tak miało to wyglądać, doprawdy skuteczniej można byłoby to robić za pomocą środków psychoaktywnych. Ideałem jest to, aby pozytywne interwencje angażowały ludzi w czynienie rzeczy, które autentycznie są dla nich ważne. Przypływ poczucia szczęścia jest swego rodzaju efektem ubocznym tego, że zaczyna się żyć pełnią życia – mówi dr hab. Łukasz D. Kaczmarek*, Kierownik Zakładu Psychologii Społecznej na Wydziale Psychologii i Kognitywistyki Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, autor książki Pozytywne interwencje psychologiczne. Dobrostan a zachowania intencjonalne.

Czym jest poczucie szczęścia w 2021 roku?

Czy w podejściu nauki do ludzkiego szczęścia coś się ostatnio zmieniło?

Największą zmianą, nie tylko w obszarze szczęścia, jest coraz powszechniejsze dostrzeganie nadmiernej koncentracji badań na ludziach tak zwanego typu WEIRD – bogatych, wykształconych, pochodzących z zachodnich, wysoko uprzemysłowionych demokracji. Stąd być może w literaturze psychologicznej sporo jest koncentracji na prywatnym szczęściu (liczę się ja), na subiektywnym szczęściu (nie interesuje mnie, co myślą inni) czy też hedonistycznych aspektach szczęścia (ważne, jak się czuję, a nie to, kim jestem).

Natomiast w wielu kulturach podejście do szczęścia jest inne. Na przykład w krajach azjatyckich częściej przeżywa się szczęście jako zjawisko kolektywne. Jestem szczęśliwy, bo jestem członkiem grupy, która ma się dobrze, wzrasta i się rozwija, nawet jeśli odbywa się to dzięki mnie lub moim kosztem. Można odnieść wrażenie, że na zachodzie w obszarze szczęścia częstsza jest postawa typu „nie ważne, czy okręt tonie, skoro jeszcze mamy szampana”!

Być może dlatego właśnie w jednym z najnowszych opracowań autorzy pokazali, że Azjaci korzystają mniej z obecnie opracowanych pozytywnych interwencji psychologicznych. Różnice międzykulturowe w badaniach to temat stary, ale traktuje się go coraz poważniej i przekłada się to na nowe badania.

Skupianie się na prywatnym szczęściu jest strategią lepiej dopasowaną do polskiej kultury?

W Polsce raczej mieszają się obecnie różne prądy kulturowe. Jako państwo wypadamy na tle innych raczej jako społeczeństwo konserwatywne. Pokazują to badania Shaloma Schwartza, ale i słynne badania Hofstede, według których nasza kultura jest tradycyjna, hierarchiczna, indywidualistyczna i zmaskulinizowana. Jednocześnie wolimy unikać niepewności, jesteśmy zorientowani na normy i raczej powściągliwi.

Stąd raczej można byłoby się spodziewać większego związku szczęścia z wyznawaniem wartości konserwatywnych, w tym np. czerpania radości z tradycyjnych obyczajów, respektu czy niekiedy nawet kultu starszych, przodków i historii. Oglądaliśmy to przecież nawet niedawno przy kolejnych obchodach rocznicy powstania warszawskiego. Ale też – czerpaniem satysfakcji z sytuacji, gdy możemy zrobić coś na rzecz naszego bezpieczeństwa (w tym bezpieczeństwa lub zabezpieczenia własnej rodziny) lub zdrowia.

Konserwatyści i konserwatystki mają więc łatwiej?

W pewnym sensie potwierdziły to nasze badania, w których osoby ceniące wartości konserwatywne cechowały się większym dobrostanem niż osoby nisko konserwatywne. Zaprzecza to niektórym teoretykom. Utrzymują oni, że konserwatyzm prowadzi do nieszczęścia, ponieważ podporządkowuje cele jednostki celom ogółu.

Warto jednak wspomnieć, że najlepszy dla dobrostanu był pasywny konserwatyzm, natomiast aktywni, wojujący konserwatyści nie byli już tak szczęśliwi. Jednocześnie większy poziom dobrostanu cechował też osoby otwarte na zmiany oraz osoby poświęcające się dla innych. W literaturze często określa się to mianem autotranscendencji, czyli wykraczaniem poza siebie.

Dużo też zależy od tego, co się w życiu robi. W jakim kontekście się funkcjonuje. Na przykład w jednym z badań pokazano, że koncentracja na osiągnięciach prowadzi do większej satysfakcji z życia u studentów ekonomii, ale do mniejszej u studentów psychologii.

Wydaje się więc, że prywatne szczęście może być dla Polaków dość ważne, ale jest ono czerpane z doświadczeń kolektywnych. Mówimy tutaj oczywiście o pewnym abstrakcyjnym, statystycznym typie Polaka, określanego na tle innych narodowości. W ramach naszej grupy narodowościowej jesteśmy oczywiście chyba bardziej zróżnicowani niż podobni do siebie. Zwłaszcza gdy rozpatrujemy to w naszym własnym gronie. Wtedy głównie zaznaczają się różnice.

Doświadczenia pandemii wpłynęły na zdolność Polaków do osiągania dobrostanu?

„Szczęśliwym” zbiegiem okoliczności udało nam się przeprowadzić jedne z pierwszych badań na temat tego, jak zmieniły się wartości wyznawane przez Polaków w okresie pierwszego lockdownu, oraz jak zmienił się ich dobrostan. Projektem kieruje dr Agnieszka Bojanowska z Uniwersytetu SWPS. Pandemia wybuchała w połowie realizacji naszego projektu na temat wartości i dobrostanu. Udało się nam zapytać ludzi o ich wartości i dobrostan zanim pojawił się temat COVID-19 i porównać to z tym, jak się czuli dwa tygodnie i miesiąc po pierwszym lockdownie.

Wyszło zgodnie ze zdrowym rozsądkiem. Ludzie zaczęli mniej cenić wartości hedonistyczne, a bardziej bezpieczeństwo, troskę o innych czy pokorę. Oczywiście widać było też bardzo duży spadek dobrostanu i wzrost negatywnych emocji, szczególnie u kobiet. Natomiast wiele aspektów dobrostanu powróciło do normy już po miesiącu.

To pokazuje, że rzeczywiście nasz system szczęścia jest podatny na zmiany warunków, w których żyjemy. Jednocześnie szybko potrafimy wrócić do równowagi. Myślę, że COVID-19 dostarczy kolejnych dowodów na to, że ludzie uginają się pod wpływem zewnętrznych presji, ale na ogół nie pękają i wracają do swojego punktu bazowego. Tak jak głoszą teorie i badania nad tak zwanym genetycznie uwarunkowanym „punktem nastawnym” każdego człowieka. Dowodzą, że większość tego, jak się czujemy, można wyjaśnić na ogół tym, co jest w nas, bez patrzenia na to, co jest poza nami.

Autentyczne źródła szczęścia

Jak na tym tle wypada czerpanie z życia pełnymi garściami, do czego jesteśmy stale zachęcani przez reklamy i kulturę?

Nie zgodziłbym się z tym, że reklama czy współczesna kultura zachęcają nas do czerpania z życia pełnymi garściami. Wręcz przeciwnie, jesteśmy zachęcani do maksymalizowania pewnego bardzo wąskiego obszaru szczęścia. Tym, do czego jesteśmy zachęcani, jest przede wszystkim konsumpcja kolejnych produktów czy dopaminowych, odlotowych doświadczeń. Ma to następować kosztem własnego życia osobistego, bo w końcu na te produkty i doświadczenia trzeba zarobić. Nierzadko oddając się bez reszty pracy, w której już się wypaliliśmy.

Popularne staje się też prowadzenia życia zastępczego, sprowadzającego się do nałogowego oglądania seriali. Często jesteśmy zachęcani do płacenia za rzeczy, które pomagają nam zapomnieć o sobie, uciec od prawdziwego siebie. Coś na zasadzie klasycznego: bądź sobą, pij Pepsi. Fetyszem stały się również podróże zagraniczne. Jednocześnie znajdujemy się pod presją zniechęcania do obszarów życia, w ramach których natura i kultura przygotowały dla nas bardzo mocne źródła autentycznego szczęścia, takie jak na przykład macierzyństwo i ojcostwo.

Gdzie szukać źródeł autentycznego szczęścia?

Skoro już powiedziałem o dopaminie, to trzymając się tej metafory, źródeł szczęścia należy szukać w pozostałych hormonach szczęścia! System dopaminergiczny stanowi zrąb układu nagrody wszystkich ssaków. Natomiast mamy jeszcze serotoninę, która może pompować nasze szczęście w sytuacjach mniej ekstatycznego zadowolenia. Następuje ono kiedy zamieniamy się w jesieniarę czy jesieniarza i czytamy ciekawą książkę, przykryci kocem, pijąc gorącą czekoladę.

Szczęścia możemy też szukać w endogennych opioidach, które towarzyszą wysiłkowi. Wypełniają nas na przykład po długiej i intensywnej aktywności fizycznej. Są też endogenne kannabinoidy, które mogą włączać głupawkę towarzyszącą długotrwałemu rozbawieniu.

No i w końcu oksytocyna. To bardzo niedoceniany hormon związany z zachowaniami społecznymi. Uwalnia się na przykład wówczas, kiedy w trakcie zabawy kotłujemy się godzinami z własnym dzieckiem czy przynajmniej głaszczemy psa lub kota.

Wystarczy robienie rzeczy fajnych i miłych, a więc intencjonalne podejmowanie pozytywnych interwencji?

Również tutaj muszę trochę się przeciwstawić supozycji zawartej w pytaniu. Pozytywne interwencje nie zawsze są fajne i miłe. Czasami tak. Niekiedy są jednak ciężkie, a ich fajność wychodzi dopiero wtedy, gdy się je zrealizuje. Trochę jak ze skokiem ze spadochronem. Najfajniej jest, jak już wylądujemy.

W pozytywnych interwencjach nie chodzi o to, żeby wciągać ludzi w robienie rzeczy, które nie mają dla nich realnej wartości oprócz tego, że ktoś poczuje się przez jakiś czas lepiej. Gdyby tak miało to wyglądać, doprawdy skuteczniej można byłoby to robić za pomocą środków psychoaktywnych. Ideałem jest to, aby pozytywne interwencje angażowały ludzi w czynienie rzeczy, które autentycznie są dla nich ważne. Przypływ poczucia szczęścia jest swego rodzaju efektem ubocznym tego, że zaczyna się żyć pełnią życia.

O co zatem chodzi, jeżeli nie o poczucie się lepiej?

W ramach projektu kierowanego przez wspomnianą dr Agnieszkę Bojanowską sprawdzaliśmy niedawno skuteczność nowego programu pozytywnej interwencji, w którym uczestnicy przez miesiąc byli zachęcani i wspomagani w przekładaniu swoich wartości na konkretne działania. Bo okazuje się, że badania naukowe potwierdzają, że ludzie znacznie więcej gadają o swoich wartościach niż rzeczywiście przekładają je na działanie w życiu.

Okazało się, że program aktywizacji wartości był równie skuteczny, co bardzo popularne ostatnio programy mindfulness. Z tą tylko różnicą, że o ile programy mindfulness prowadzą do zmian w doświadczaniu świata, nasi uczestnicy poprzez działanie realnie zmieniali swój świat na lepsze. Czyli zamiast uczyć się dostrzegać, że szklanka jest do połowy pełna, a nie pusta, po prostu zaczęli do tej szklanki dolewać.

Jak w praktyce wygląda przekładanie swoich wartości na konkretne działania? To standardowe ćwiczenia terapeutyczne?

Nie jestem terapeutą, ale rzeczywiście z tego, co słyszałem, podobne praktyki stosowane są w różnych formach psychoterapii, w tym modnej ostatnio ACT, to znaczy Acceptance and Commitment Therapy. Zmianę zachowań można stymulować na wiele różnych sposobów.

Na tyle, na ile znam się na ogólnych modelach skutecznej zmiany zachowań, to na pewno jest to procedura mało romantyczna i widowiskowa. Polega na określeniu konkretnych zachowań, sformułowaniu planu ich implementacji (co, kiedy, gdzie, z kim, jak długo) i budowaniu motywacji do ich podjęcia (jakie będą korzyści, jak zminimalizować koszty, jak pobudzić się do działania, jak pokonać bariery i tym podobne).

Badania nad zmianą zachowań człowieka pokazują, że jest dość sporo technik, które okazują się równie proste, co skuteczne. Na przykład właśnie to, żeby dokładnie określić, co się zamierza zrobić i po prostu sobie powiedzieć, że się to zrobi. Już samo to o kilka procent zwiększa szansę na sukces w realizacji zachowania.

Co zaburza poczucie szczęścia?

Obok dopaminowego świata marketingu istnieją również mniej optymistyczne prądy intelektualne.

To prawda. Szczególnie uderza mnie ostatnio modna nowinka – antynatalizm. To dość absurdalny prąd myślowy, w ramach którego próbuje się dostarczyć argumentów na to, że najlepiej byłoby się w ogóle nie urodzić. A idąc dalej tym tropem, skoro już jesteśmy na tym świecie, to przynajmniej nie podtrzymujmy tego zła, którym jest życie, umierając bezpotomnie.

Choć wiele argumentów antynatalistów potrafi wzbudzić intelektualne podniecenie, w gruncie rzeczy jest to promowanie kulturowej depresji, która ma doprowadzić do kulturowego samobójstwa. Jednocześnie wielu ludzi może przez to stracić szansę na to, aby prowadzić szczęśliwe życie rodzinne, które według badań wraz z posiadaniem dzieci jest jednym z najważniejszych źródeł szczęścia.

Pomimo wielu różnic między ludźmi łączy nas jedno: wszyscy mamy rodziców, którzy mieli dzieci. I to nie jest przypadek. Po tym łańcuszku można się cofnąć o cztery miliardy lat do momentu, kiedy na Ziemi powstało życie. Nie ma sensu składać swojego szczęścia na ołtarzu nihilizmu, nawet jeśli odradza się w formie atrakcyjnej intelektualnie, dostosowanej do argumentacji zgodnej z duchem naszych czasów. Takie mody, podobnie jak różne ruchy apokaliptyczne, pojawiały się zawsze.

Tego typu poglądy są obecnie wiązane z kryzysem klimatycznym.

W naszym obszarze geograficznym kryzys klimatyczny, jako zjawisko negatywne, przybiera póki co charakter liczb i komunikatów prasowych. Upały, które się u nas pojawiają, raczej Polaków cieszą. W końcu lubimy upały jak mało kto. Nawet jeśli na nie narzekamy, to lubimy pojechać w sierpniu do Hiszpanii i narzekać, że wyjść się z hotelu nie da!

Niepokojące zjawiska klimatyczne są również raczej ciekawostką, okazją, by załamać na chwilę ręce i po chwili wrócić do swoich zajęć. Mało kto czuje wisceralnie to, co nadciąga. Stąd raczej zmiany klimatyczne nie prowadzą do psychologicznego kryzysu. Nie licząc umysłów, które lubią i potrafią martwić się na zapas.

Co w sytuacji, gdy zagrożenie się ziści?

Polak (ale i ogólnie ludzie) mądry jest po szkodzie. Podobnie jest przecież z pandemią, której nadejście było przez epidemiologów zapowiedziane. Mieliśmy przecież w ostatnich latach kilka epidemii, które miały potencjał pandemiczny. A mimo to przez wiele lat niewiele robiono, np. badania nad szczepionkami były słabo finansowane.

Dopiero realne, namacalne wydarzenia pandemiczne zmieniły nasz dobrostan, nasze myślenie i nasze działanie. I możliwe stały się rzeczy niemożliwe, takie jak na przykład wprowadzenie w grudniu skutecznych szczepionek na chorobę odkrytą w styczniu i to opartych na przełomowej technologii. Zresztą globalnych zagrożeń jest cała masa. To nie znaczy, że można je ignorować. Ale co ma z nimi począć przeciętna Kowalska?

Przymykanie oka na zagrożenia jest więc naturalne?

Gdyby jutro wybuchła kaldera Yellowstone, świat pogrążyłby się w ciemnościach i chłodzie. Szacuje się, że połowa ludzkości zmarłaby z głodu. Gdyby w Ziemię uderzył pokaźny meteor i wywołał podobne skutki, to również byśmy mówili – dlaczego ludzie nie działali! Dlaczego nikt się tym nie interesował! Dlaczego nikt temu nie przeciwdziałał. Przecież wiedzieliśmy, że to nadchodzi!

Ludzie przywykli do życia na krawędzi brzytwy, w przerażających warunkach, w ciągłym zagrożeniu. Być może właśnie ta ludzka zdolność do opanowania trwogi sprawia, że wstajemy codziennie uśmiechnięci, idziemy do pracy, spędzamy radosny wieczór z rodziną i tylko raz na jakiś czas przechodzi nam przez głowę jakaś przerażająca myśl, którą szybko tłumimy. To złudzenia pozwalają nam żyć. W końcu realizm jest jednym z czynników ryzyka depresji.

Swoje ciemne oblicza mają też rzeczy miłe i przyjemne dla większości ludzi. Na przykład gry komputerowe?

Na ogół tylko kilka procent ludzi popada w tarapaty podczas robienia czegoś, co ludziom zasadniczo służy. Kryteria uzależnienia behawioralnego są jasno zdefiniowane. Upraszczając sprawę, można powiedzieć, że mówimy o ich ryzyku wtedy, gdy jakaś aktywność zaczyna dostarczać nam bardzo dużo i bardzo łatwej do zdobycia dopaminy, stymulującej układ nagrody. Gry mają całą masę mechanik, które temu sprzyjają, na przykład mechanizmy losowego zdobywania przedmiotów w grach RPG. W serialach mamy cliffhangery, zwroty akcji i tym podobne.

Nasz organizm broni się przed tym, adaptując się do większego niż przeciętny stężenia dopaminy. Dopaminy jest za dużo, więc zaczynają zanikać receptory dopaminowe, bo nie potrzeba ich już tyle. Wraca równowaga. Ale wtedy właśnie świat zaczyna blednąć. Odcięci od wysokich poziomów dopaminy, zaczynamy czuć deficyt tego hormonu. Na domiar złego normalne codzienne przyjemności dają poczucie niedosytu, ponieważ mamy już mniej “receptorów szczęścia”. I zaczynamy grać już nie po to, by poczuć się lepiej, ale po to, by poczuć ulgę od tej nieznośnej, szarej rzeczywistości.

Co się wówczas dzieje z człowiekiem?

Stajemy w obliczu braku wyboru. Dlatego zaczynamy tracić kontrolę. Stajemy się zależni od tej jednej aktywności. A zatem w pewnym sensie uzależnienie można łatwo rozpoznać. Jeżeli możesz cieszyć się życiem bez aktywności X, to znaczy, że nie jesteś od niej uzależniona. Wówczas masz wybór.

Można też popatrzeć na to z innej perspektywy, tak aby oddzielić puste uzależnienie od pasji, która też często daje masę dopaminy. Jeżeli pomimo zaabsorbowania aktywnością X jesteśmy zdolni do miłości i pracy (u młodych: do nauki), to ryzyko tego, że jesteśmy uzależnieni, jest niskie. Tak czy inaczej, zawsze w przypadku wątpliwości należy udać się do psychologa uzależnień, który pomoże nam w lepszym zrozumieniu tego, co zrobić, aby pasja nie przerodziła się w uzależnienie.


*dr hab. Łukasz Dominik Kaczmarek – Kierownik Zakładu Psychologii Społecznej na Wydziale Psychologii i Kognitywistyki Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, autor książki Pozytywne interwencje psychologiczne. Dobrostan a zachowania intencjonalne, na podstawie której uzyskał habilitację. Twórca kanału Psychologia & Gaming, na którym popularyzuje gry wśród psychologów i psychologię wśród graczy. Podobne tematy podejmował również na kanale YouTube NAŁUKA.

Przeczytaj także...