„Odpuść sobie” to nowe „Idź pobiegaj” – wywiad z Katarzyną Szaulińską-Dynowską, psychiatrką i psychoterapeutką

by Michał Małysa
Odpuść sobie! Jak to zrobić? Radzi Katarzyna Szaulińska-Dynowska

„Odpuść sobie” brzmi jak terapeutyczny pop i komenda, która nic nie znaczy, o ile nie przyłoży się jej do listy priorytetów. Kiedy myślę o dobrym odpuszczaniu, to chodzi mi o zmniejszenie zaangażowania w to, co dostarcza dużo trudności i znoju, a mało satysfakcji. Ciężka praca w obszarze, który jest ukochany, nie jest niczym złym, o ile nie wyniszcza jednocześnie innych obszarów życia – mówi Katarzyna Szaulińska-Dynowska*, psychiatrka i psychoterapeutka.

Odpuść sobie – co to naprawdę znaczy?

Michał Małysa: Odpuść sobie… Czy terapeuci często doradzają to pacjentom?

Katarzyna Szaulińska-Dynowska: „Odpuść sobie” to polecenie, wydane w trybie rozkazującym. Taka forma wypowiedzi jest w terapeutycznej rozmowie właściwie zakazana. Poza tym, gdyby komuś taka komenda wystarczyła, to raczej nie potrzebowałby terapii. A co do samego sformułowania, to jest mało precyzyjne.

Podam przykład pacjentki, która jest mamą i chciałaby zachować czas na różne aktywności ze swojego dawnego życia. Trudno zajmować się dzieckiem, pracą, hobby, relacjami z ważnymi ludźmi i jeszcze mieć czysty dom i umalowane paznokcie. Coś trzeba wybrać. Pytanie, co. Siebie, opiekę nad dzieckiem czy sprzątanie? I jeśli już – to w jakim stopniu? To nie są zerojedynkowe decyzje.

„Odpuść sobie” to zatem nowe „idź pobiegaj”?

Faktycznie brzmi jak terapeutyczny pop i komenda, która nic nie znaczy, o ile nie przyłoży się jej do listy priorytetów. W życiu rzeczywiście nie da się zrobić wszystkiego naraz. Człowiek jest maszyną, która ma ograniczone zasoby energetyczne. Jeśli próbuje się robić za dużo, to prędzej czy później maszyna wysiądzie.

Natomiast “odpuszczenie wszystkiego” kojarzy mi się z degradacją i wycofaniem z życia społecznego. Może to być objaw depresji albo nasilonego lęku, które sprawiają, że podejmowanie wyzwań w indywidualnie ważnych obszarach staje się niemożliwe.

Lepiej więc nie traktować tego jako imperatywu?

Chodzi mi o to, że szczęśliwe życie nie polega na tym, że nic się nie robi. Po to warto wycofać aktywność z jednych obszarów, żeby mieć energię dla tych, które są ważniejsze. Kiedy myślę o dobrym odpuszczaniu, to chodzi o zmniejszenie zaangażowania w to, co dostarcza dużo trudności i znoju, a mało satysfakcji.

Ciężka praca w obszarze, który jest ukochany, nie jest niczym złym, o ile nie wyniszcza jednocześnie innych obszarów życia. Jeśli np. lekarz bardzo lubi pracować z pacjentami, to mając ich dużo, naturalnie się cieszy. Nawet jeżeli go to męczy, to przynosi też wiele radości. Nie czuję, żeby istniała obiektywna zasada, w myśl której relaksowanie się jest dobre, a praca jest zła.

A czy istnieje jakaś teoria psychologiczna, która wyjaśnia o co chodzi w odpuszczaniu?

“Odpuszczanie” w psychoterapii psychodynamicznej, jaką się zajmuję, jest związane z pojęciem superego. To struktura psychiczna, która odpowiada za ocenianie własnej zdolności do sprostania wymaganiom zewnętrznym i własnym. Freud, który stworzył teorię superego, oczywiście nic nie pisał o odpuszczaniu, ale wewnętrzna zgoda na robienie mniej zawsze związana jest z tym, jak sami siebie za tę decyzję oceniamy. Superego może być albo nadmiernie pobłażliwe, albo wymagające, ale łagodne (tak jest najzdrowiej), albo krytyczne czy wręcz sadystyczne.

To popularny „wewnętrzny krytyk”?

Tak, te dwa ostatnie warianty w popularnej psychologii noszą czasem właśnie tę nazwę. A to, jakie jest superego, wynika w dużym stopniu z tego, jak traktowali nas rodzice i jaka była ich reakcja na nasze trudności, niedociągnięcia, braki – ale i na to, co się nam udawało.

Istnieją rodzice wiecznie niezadowoleni, przy których trudno poczuć się wystarczająco dobrym i zobaczyć w ich oczach błysk zachwytu. Albo tacy, którzy przemocowo miażdżą każdy przejaw potrzeb własnych dziecka. Trudno w takiej sytuacji, będąc już dorosłym, mieć poczucie, że istnieje moment, w którym można przestać się starać – bo już wystarczy, bo jest się zmęczonym, bo nie ma się ochoty.

To organizm powie ci „odpuść sobie”

Kontynuowanie harówki nie jest zatem w stu procentach świadomą decyzją?

Osoba mająca bardzo surowe, krytyczne superego nie jest w stanie odpuścić nie dlatego, że warunki zewnętrzne są trudne, ale dlatego, że jedna z jej części na to nie pozwala. I terapeuta może pomóc w obejrzeniu sobie tego, jak stosunek takiej osoby do samej siebie odzwierciedla to, co działo się w dzieciństwie. W związku z tym, że to są procesy w dużym stopniu nieświadome, to nie da się ich przeprowadzić samemu.

W tym sensie dla osoby z sadystycznym superego odpuszczenie sobie mogłoby znaczyć powiedzenie “STOP” katowaniu siebie za odstępstwa od perfekcjonizmu i zaakceptowanie swoich słabych stron. I mówię tu nie tylko o stosunku do pracy, ale do wszystkich osiągnięć, zachowań, do własnego ciała.

Potrzebę odpuszczenia identyfikuje się dopiero w trakcie terapii?

Istnieją oczywiście ludzie, którzy nie trafiają na terapię, ale drogą rozmów z rodziną, znajomymi i samymi sobą dochodzą do wniosku, że wzięły na siebie za wiele i decydują się czegoś robić mniej. U pacjentów spotykam się natomiast z sytuacją, że może chcieliby robić mniej, ale nie są w stanie. Kiedy dają sobie spokój i próbują odpoczywać, czują tak duży niepokój i napięcie, że harówka wydaje się dla nich bezpieczniejsza.

To mit, że natychmiast po odpuszczeniu pojawia się spokój i cudowna ulga. W czasie wolnym, jaki odpuszczanie wygospodarowuje, pojawia się więcej miejsca na kontakt z własnym wnętrzem. W przypadku osób będących w terapii to, co pojawia się w emocjach w momencie, kiedy ma się więcej czasu, to często smutek, lęk czy wściekłość.

Skoro ktoś wybierał strategię uciekania przed tymi emocjami w pracę, to nawet przeciążająca była łatwiejsza do zniesienia niż czucie własnych emocji. I można tak żyć, ale pacjenci będący w terapii znaleźli się na niej zwykle właśnie dlatego, że taka strategia przestała być skuteczna. Na przykład dlatego, że przeciążenie doprowadziło do pojawienia się objawów depresyjnych. I człowiek właściwie zostaje przymuszony do odpuszczenia.

Jak rozpoznać znaki organizmu wołającego „odpuść sobie”, zanim przejawią się w sposób dramatyczny?

Zmęczenie, smutek, brak energii czy nieodczuwanie przyjemności z rzeczy, które wcześniej ją sprawiały, różnorakie dolegliwości cielesne – bóle głowy, pleców. Jeśli utrzymują się przez kilka dni, powinny być sygnałem, że odpoczynku jest za mało. Jeśli ktoś ma dobry kontakt ze sobą, taki komunikat od organizmu powinien mu wystarczyć.

A jeśli ten komunikat wystarczający nie będzie?

Objawy się nasilają. Nie zachoruje się na depresję z samego przepracowania, ale bywa, że ono jest jedną z ważnych składowych. Wówczas pojawiają się zaburzenia snu, koncentracji, niepokój, a smutek staje się głębszy. Coraz trudniej wstać z łóżka, umyć się. Mogą pojawić się myśli samobójcze. I wtedy to już nawet nie jest kwestia tego, czy pójdzie się do pracy albo ugotuje obiad, tylko czy przeżyje się kolejny dzień.

Dla wielu osób, które funkcjonują w trybie 300% normy, dopiero to jest moment wyhamowania. Jeśli taka osoba zgłosi się do psychiatry, w zależności od nasilenia objawów otrzymać może zalecenie podjęcia psychoterapii, leki, zachętę do znalezienia pomocy w opiece nad dzieckiem czy domem oraz zwolnienie z pracy. Przeciwko temu ostatniemu często pacjenci z depresją protestują.

Odpuszczenie kontroli i asertywność

Co przeszkadza w posłuchaniu wewnętrznej komendy „odpuść sobie”, kiedy reakcja organizmu jest tak silna?

Bo czują się niezastąpieni. I winni wobec kolegów, na których spadną ich obowiązki. Niektórym pomaga zapewnienie, że dotychczas żaden zakład pracy, którego pracownikowi udzielałam zwolnienia, nie upadł. Że ci “oni” zawsze jakoś sobie radzą.

Pacjenci mogą mieć też problem z kwestią odpuszczenia kontroli, a ono jest nieodzowne w delegowaniu obowiązków. Początek zwolnienia zwykle jest dla pacjentów trudny do wytrzymania. Dobrze być wtedy pod opieką psychoterapeutyczną, żeby nie zostawać z tym trudem samemu. Szczególnie w sytuacji, gdy taka osoba spotyka się z negatywnymi reakcjami ze strony otoczenia.

Wiele osób, które były na długim zwolnieniu i w międzyczasie udały się na psychoterapię, zaczyna widzieć jaśniej swoje priorytety życiowe. Dostrzegają także to, że nie miejsce pracy jest problemem, a ich stosunek do pracy. Po terapii skuteczniej dbają o siebie, stawiają granice.

Czyli po powiedzeniu „odpuść sobie” nie obejdzie się bez asertywności?

Tak. Odpuszczanie polega na tym, żeby chronić własne pole. A żeby to robić skutecznie, trzeba uznać, że ma się po pierwsze takie prawo, a po drugie taki obowiązek. Należy wziąć odpowiedzialność, czyli uznać, że to nie inni mają domyślać się, że mamy już dość i potrzebujemy pomocy, ale nauczyć się to komunikować.

To wcale nie jest proste, szczególnie jeżeli zostało się wychowanym w poczuciu, że proszenie o pomoc jest równoznaczne ze słabością, i że człowiek powinien być samowystarczalny.

Wyobrażam sobie, że terapia odsłania wiele powodów, dla których bezpieczniej jest nie odpuszczać.

Dokładnie. Jeśli ktoś spędza całe dnie w pracy, motywując to poświęceniem dla rodziny, i czuje, że rodzina jest niewdzięczna – warto rozważyć, czy praca nie jest przy okazji bezpiecznym schronieniem przed tą rodziną, która na przykład oczekiwałaby większego udziału w życiu domowym.

Bliskość jest kolejnym lansowanym przez media słowem określającym “coś wartościowego w relacji z innymi ludźmi”. I zgadzam się – ona jest dobra. Natomiast polega ona nie tylko na spijaniu sobie z dzióbków i przytulaniu się, ale również kontakcie ze smutkiem, złością, lękiem i wstydem drugiego człowieka. I własnym.

Brzmi mniej zachęcająco niż sama „bliskość”.

To wcale nie jest proste i miłe. Pacjenci, którzy zgłaszali się do mnie w trakcie pandemii, często opisywali, że stała obecność w mieszkaniu małżonka, który dotychczas dużo pracował poza domem, była czasem nieznośna. Bo bezpieczny dystans został zaburzony. Bo pojawiają się kwestie, które od lat domagały się omówienia. I wówczas ucieczka przed bliskością w pracę wydaje się całkiem atrakcyjna.

Kolejna sprawa to sytuacja, w której ktoś od lat marzy o czymś, na przykład o zajęciu się sztuką, ale wiecznie brak mu na to czasu. Tym, co kryje ten brak czasu, jest często lęk przed porażką, trudniejszy do zniesienia niż jakiekolwiek obowiązki.

Jak odpuścić? To spore wyzwanie

Działanie na kilkaset procent normy bywa zatem paradoksalnie łatwiejsze niż posłuchanie organizmu, który krzyczy „odpuść sobie”.

Tak. Odpuszczanie nie zawsze jest miłe i zwykle wiąże się też z jakąś utratą. Raczej nie da się mniej pracować i zarabiać tyle samo. Mniej pomagać innym i nie narazić się na ich gniew czy rozczarowanie. Nie robić wszystkiego pod dyktando szefa i pozostać tak samo chwalonym. Odpuścić chodzenie z dzieckiem na zajęcia, których się nie znosi i jednocześnie korzystać z tego, co w nich wartościowe. Przestać sprzątać i mieć czysty dom, o ile nie zatrudni się nikogo do sprzątania.

To nie tylko przykre dialogi ze światem zewnętrznym, ale i wewnętrznym. Kołaczące w głowie „co ludzie powiedzą” – jeśli wyjdę z domu nieumalowana lub nieuczesana albo jeśli dziecko będzie brudne. Z drugiej strony, robi się to po coś. Żeby żyć bardziej w zgodzie w tym, co dla nas ważne. Może wreszcie pojawi się przestrzeń na spędzenie luźnego weekendu z rodziną. Albo namalowanie obrazu.

A jak wygląda praca terapeutyczna nad odpuszczaniem?

Na pewno pytałabym, co najgorszego może się stać, gdy pacjent odpuści czy postawi granicę. Tworzymy wspólnie wyobrażony obraz tej sytuacji i sprawdzamy, jakie lęki wzbudza. Powiedzmy, że koleżanka z biurka obok zwraca się do pacjenta M. z każdym najbardziej błahym problemem zawodowym. I on czuje, że jeśli odmówi, to ona się obrazi.

Rozmawiamy wtedy o tym, jak tę obrazę będzie przeżywał. Rozważamy, czy przypadkiem za prawdopodobnym poczuciem winy nie kryje się też złość na koleżankę. Jeśli tak, to świetnie. Bo to złość jest emocją pozwalającą zobaczyć własne granice. Wzbudza się, jeśli ktoś je przekroczył.

Wtedy dochodzimy, do czego ta złość zachęca. Może na przykład do powiedzenia „dość”, co starają się uciszyć różne wewnętrzne głosy. To może być głos matki, która mówi „tylko zły człowiek odmawia pomocy drugiemu”, ale także inne sygnały z superego, dające znać, że to fatalny pomysł. Rozmawiamy więc o tym, co inna część pacjenta, bardziej o niego dbająca, mogłaby takim głosom odpowiedzieć. Uruchamiamy dialog wewnętrzny.

Ze względu na pandemię i zmiany kulturowe stwierdzenie „odpuść sobie” jest łatwiejsze?

Mam wrażenie, że nieco mniej jest w mediach komunikatów typu “sky is the limit” i reklam pokazujących, że jeśli tylko wypijesz napój energetyczny, to możesz osiągnąć 300% wydajności. Więcej za to zachęt, żeby się relaksować i w pełni korzystać z życia, cokolwiek to miałoby znaczyć.

Jeśli chodzi o pandemię, to części osób dopiero doświadczenie pracy zdalnej dało poczucie, że duża część czasu orbitującego wokół pracy jest zbędna. Mogli robić to samo, co wcześniej, bez poświęcania kilku godzin dziennie na wyszykowanie się oraz dojazd do biura. Na nowym modelu pracy zyskały szczególnie takie osoby, które mają tendencję do przebodźcowywania się, są wrażliwe i nie przepadają za intensywnymi kontaktami społecznymi.

Czy w odpuszczaniu zobaczyli plusy także pracodawcy?

Nie wiem, co myślą pracodawcy, ale jeśli skupiają się na efektach, to wypoczęty pracownik z pewnością jest bardziej efektywny. Bo w dobrym odpuszczaniu nie chodzi o olewanie obowiązków, ale o dbanie o przestrzeganie ich granic, wypoczynek, oddzielanie pracy od życia prywatnego.

A jak powiedzieć w pracy, że musimy odpuścić?

Myślę, że najlepiej wprost, chociaż nie wydaje mi się to łatwe w sytuacji, kiedy się już znalazło na skraju wyczerpania z powodu przewlekłego przepracowania. Ale w idealnym świecie można byłoby powiedzieć na przykład: „Słuchaj, dostaję sygnały, że powinienem pracować mniej i nie chcę wylądować na zwolnieniu, więc proszę o zmniejszenie wymagań”.

Nikogo nie namawiam na ujawnianie w miejscu pracy tego, że choruje psychicznie, ale często otwarte powiedzenie o diagnozie np. depresji wiele ułatwia i pozwala współpracownikom zrozumieć powagę sytuacji.

Jak w takim razie zakomunikować to rodzinie?

Podobnie. Warto pomyśleć o dziecku jak o pracodawcy. Na pewno doceni wypoczętego rodzica, który “wydelegował nadmiar zadań”, miał przestrzeń, żeby zaspokoić swoje potrzeby i w związku z tym jest mniej napięty – więc bardziej cieszy go wspólny czas.


dr n. med. Katarzyna Szaulińska-Dynowska – absolwentka Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, odbyła szkolenie specjalizacyjne z psychiatrii w III Klinice Psychiatrii Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. W latach 2018-2019 pełniła obowiązki ordynatora oddziału detoksykacyjnego OLZA w Zakładzie Profilaktyki i Leczenia Uzależnień w Instytucie Psychiatrii i Neurologii. Ukończyła czteroletnie szkolenie w psychoterapii psychodynamicznej w Laboratorium Psychoedukacji. Jest autorką pracy doktorskiej „Obturacyjny bezdech senny u chorych na schizofrenię”, scenariusza komiksu o depresji „Czarne Fale”, monodramu “Córcia”, wystawianego w Teatrze WARSawy oraz książki poetyckiej “Druga osoba”.

Przeczytaj także...